wtorek, 27 stycznia 2009

utwory dojazdowe

Jeszcze przed świętami Plamek zaczął prowadzić sobie takie notatki, ile mu zajmuje dojazd do pracy w kategoriach liczby przesłuchanych utworów na uszach i tak do dziś naliczył:
- De-Phazz - 8
- Purgen - 9
- Amon Tobin - 5
- Caroline Henderson - 7
- DJ Krush - 10 (głównie przez czekanie na przystanku, bo szóstka uciekła)
- Ceu - 6
- Vagif Mustafazade - 5

A to już ostatnie dni, bo zmiana lokalizacji biura jest nieuchronna i z nową trasą pojawią się nowe liczby wysłuchanych empetrójek.

Ciekawe, że w drodze powrotnej jakoś rzadziej zakłada nauszniki na głowę...

środa, 21 stycznia 2009

szyida

Biedny pan Plamek miał udany dzień w pracy i bardzo ciekawy wieczór spędził na czaju z gośćmi z daleka. Pamiętał o obu żywych babciach i zadzwonił do swojej z okazji święta. Zjadł pyszną kolację (placki ziemniaczane z sosem grzybowym), którą popił wzmocnioną czeskim tuzemskym rumem herbatę z cytryną i miodem.

Więc dlaczego biedny?

A bo go od szyidów wyzwali...

niedziela, 18 stycznia 2009

sport wypiętych tyłków



Mecz zaczął się dla Plamka od zagłębiania się w działanie jeżdżącej maszyny do przywracania gładkości tafli. Nie za bardzo był to w stanie pojąć. Spodobał mu się sam fakt zamiany zrytego matowego w równe błyszczące. No i czy trzeba mieć do jeżdżenia takim wózkiem jakieś specjalne kwalifikacje?





Po powrocie do domu i wywołaniu zdjęć na ekranie Plamek zwrócił uwagę, że w zasadzie wszyscy hokeiści dawali się sfotografować w takiej specyficznej pozycji... i bramkarz, i sędzia - jak jeden mąż ;-)

Jednak ogromny podziw budzą ci sportowcy, gdyż są w ciągłym ruchu i jeszcze nie spuszczają z oka takiego małego krążka (zwanego też szajbą)!



Kibice Cracovii dali radę, choć ciągle wielu rodziców nie zdecyduje się, żeby zabrać z sobą na mecz dzieci (mimo że te wchodzą za darmo, a kobiety za złotówkę, przy czym otrzymują odwrotnie proporcjonalny wielkościowo bilet).



Cracovia - Podhale Nowy Targ 3:2 (0:0, 2:0, 1:2)
Posted by Picasa

wtorek, 13 stycznia 2009

kryształowy świat pielewina

czytając jedno z opowiadań Pielewina (to opowiadające o zmaganiach Darwina), Plamek nagle został olśniony wiedzą tajemną. Objawiło mu się mianowicie coś w języku polskim niemal nieuchwytnego: określoność podmiotu

i nie chodzi o zwykłą opozycję ten pies <> jakiś pies, bo to mało polskie, jakiś taki rakowy przerzut z obczyzny

zdanie czytane w zimnym aucie oczekującym na powrót pani babci od lekarki brzmiało tak:
Darwin podniósł lichtarz i popatrzył na sufit - z grubo ciosanych desek sterczał hak, do którego lina była przywiązana [Pielewin, Wiktor. Kryształowy świat, str. 126].

widać? To zdanie brzmi trochę dziwnie, jest niepełne. Pytamy się: jaka lina? Przecież konstrukcja (a więc składnia) wskazuje, że musimy o tej linie wiedzieć już coś więcej. W przeciwnym razie należałoby poprawnie napisać:
Darwin podniósł lichtarz i popatrzył na sufit - z grubo ciosanych desek sterczał hak, do którego była przywiązana lina.

Wniosek z powyższej obserwacji płynie taki, że mamy w polszczyźnie odpowiednik angielskich the czy a, niemieckich derdiedas i einów itp. w innych jeszcze językach, tylko u nas wyraża się ta (nie)określoność składniowo.

PS. A zdanie wcześniej u Pielewina stoi napisane:
Na wprost jego twarzy kołysał się kawałek liny.

wtorek, 6 stycznia 2009

zwody zimą

Wczoraj zasypało miasto. Śniegiem, a nie np. pyłem z Huty ;-)

Teraz jak Plamek idzie, to nie jest mu łatwo zgubić (wyimaginowany) ogon. Zostawia ślady. Bez odpowiedniego obuwia trudno jest mu zboczyć z wydeptanych ścieżek miejskiej dżungli. Z tego samego powodu musi się często snuć za jakąś wolno człapiącą staruszką i nie może pójść na skróty.

Ale nie denerwuje się. Nie rusza go mróz - w uszy grzeją przecież słuchawki-nauszniki oraz ciepła z nich muzyka, czapka z takim małym daszkiem i kaptur. Nikt nie nastaje też na jego życie, więc mylenie ewentualnego pościgu to czysty wymysł fantazji.

niedziela, 4 stycznia 2009

tzw. Sylwek

Przyjechał Plamek z Plamkową, swym bratem i bratową do Pragi dzień wcześniej. Dzięki błądzeniu (bo GPS się wypiął) zobaczył po drodze ładne zimowe krajobrazy północnych Moraw.



Bez bąbelków, bez fajerwerków - głównie przez jakieś żołądkowe jazdy Plamek po prostu się dobrze wyspał z 31 grudnia na 1 stycznia i niczego nie żałował, jak się już obudził. Wziął swą panią P. na zwiedzanie Much i okolic Kafki, zresztą na kawkę też. W Pradze nie tylko piwo można, po którym jak wiadomo chce się...



No i wykorzystał to jeden taki David. Olewanie Czech, nie? Ale Plamek lubi i nację całą, i stolicę samą. Nie olewa.



Po zjedzeniu paru kasztanów, namówił resztę swojej wyjazdowej ekipy oraz jednego prawie miejscowego, by zajrzeć do tyłka posągom artysty Czernego (tego właśnie Davida). W ogóle to już wcześniej udało mu się w Lucernie pokazać im św. Wacława na zdechłym koniu wiszącym za nogi.

Na koniec Plamek zorientował się też, że Czesi mają podobny stosunek do świata: